niedziela, 26 lutego 2012

Bieg Urodzinowy Gdyni

Praktycznie od początku przygotowań zimowych, wiadomo było że przypadający na ostatnią sobotę lutego Bieg Urodzinowy Gdyni, będzie pierwszym poważnym testem dotychczas wykonanej roboty. 

Nadrabiając posesyjne zaległości, wydaje mi się że wykonałem w lutym naprawdę niezłą robotę. Wszystko szło raczej zgodnie z planem, aż do zeszłego wtorku. Ten tydzień miał być lżejszy ze względu na starcie w "dyszce", a mimo to zacząłem czuć się ewidentnie zarżnięty. W środę odpuściłem zupełnie, w czwartek znowu spróbowałem z kijowym rezultatem, więc w piątek znowu odpuściłem. Na całe szczęście, w sobotę od rana czułem się o wiele lepiej i wiedziałem że będzie z czego biegać.

Start biegu usytuowany był na prawie samym końcu Skweru Kościuszki, przy gdyńskim Akwarium. Trasa przebiegała w stronę miasta wzdłuż Skweru, skręcała w ulicę Świętojańską, gdzie przez kilometr lekko się wznosiła, następnie skręcała przy Urzędzie Miejskim i opadała łagodnie do Bulwaru Nadmorskiego, którym biegliśmy w stronę skweru na którym rozpoczynaliśmy następną pętlę. Na Garminie wyszło mi jakieś 9,95km.

1km (3'32") - Moim największym wrogiem zawsze była kolka, która straszy mnie dosłownie na każdym biegu ulicznym w którym biorę udział. Dlatego też celowo stanąłem odrobinę dalej na mecie niż zwykle, żeby nie dać się pociągnąć pierwszemu tramwajowi i spokojnie zacząć bieg. Wydaje mi się jednak że to nie był najlepszy pomysł, bo musiałem przedzierać się trochę do przodu i tempo było trochę rwane....ale generalnie było spoko. Dodatkowym utrudnieniem był wiejący bardzo mocno z naprzeciwka wiatr.
2km (3'33") - Jak na podbieg, w sumie tempo było dobre. O dziwo na tym łagodnym podbiegu bardzo dobrze mi się biegło, chociaż wśród nadal przebiegających roszad, musiałem się mocno skoncentrować na pilnowaniu swojego tempa biegu, a nie tempa innych.
3km (3'22") - Ten kilometr akurat był mniej wymagający, ponieważ trasa opadała w dół, w stronę morza. W każdym bądź razie mimo tego że odcinek nie był męczący, zmiana prędkości i kadencji kroków skutkowała pojawieniem się znajomego ucisku pod żebrami...no to tradycyjnie wiedziałem co się święci.
4km (3'40") - Musiałem zwolnić kroku, dać się wyprzedzić paru biegaczom i skoncentrować na równomiernym oddychaniu. Kolka nie łapała, ale uczucie jakby zaraz miała złapać też nie mijało.
5km (3'45") - Jak wyżej.
6km (3'55") - Apogeum problemów. Do dotychczasowych problemów doszedł wiatr. Niestety biegłem sam i ni jak nie było się za kim schować, a rwać tempo się bałem.
7km (3'47") - Uczucie przed kolkowe nagle zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. W każdym razie wiedziałem że trzeba przyspieszyć, chociaż z początku wchodziłem na wyższe tempo z umiarem.
8km (3'28") - Tutaj popełniłem błąd. To był kilometr na którym korzystając z biegu w dół powinienem maksymalnie dowalić. Owszem, przyspieszyłem...ale nie wykorzystałem w pełni tego odcinka. 
9km (3'38") - Wydawało mi się że biegłem szybciej.... Zdecydowanie miałem wrażenie że tu przyłożyłem, ale jak czas pokazuje, jednak się myliłem.
9,95km (3'18") - No już poleciałem ile Bozia dała na tamten moment, ale wiadomo że wszystkiego nadrobić się nie dało.

Razem: 35'58"

Celem było złamać 35, więc tym razem szału nie było. W każdym bądź razie jakaś tam forma jest, więc nic, tylko pracować dalej, a następny bieg rozegrać trochę inaczej :)


1 komentarze:

Karol-AZS pisze...

jak na luty, wynik nie jest zły :) gratuluję