Nadrabiając posesyjne zaległości, wydaje mi się że wykonałem w lutym naprawdę niezłą robotę. Wszystko szło raczej zgodnie z planem, aż do zeszłego wtorku. Ten tydzień miał być lżejszy ze względu na starcie w "dyszce", a mimo to zacząłem czuć się ewidentnie zarżnięty. W środę odpuściłem zupełnie, w czwartek znowu spróbowałem z kijowym rezultatem, więc w piątek znowu odpuściłem. Na całe szczęście, w sobotę od rana czułem się o wiele lepiej i wiedziałem że będzie z czego biegać.
Start biegu usytuowany był na prawie samym końcu Skweru Kościuszki, przy gdyńskim Akwarium. Trasa przebiegała w stronę miasta wzdłuż Skweru, skręcała w ulicę Świętojańską, gdzie przez kilometr lekko się wznosiła, następnie skręcała przy Urzędzie Miejskim i opadała łagodnie do Bulwaru Nadmorskiego, którym biegliśmy w stronę skweru na którym rozpoczynaliśmy następną pętlę. Na Garminie wyszło mi jakieś 9,95km.
1km (3'32") - Moim największym wrogiem zawsze była kolka, która straszy mnie dosłownie na każdym biegu ulicznym w którym biorę udział. Dlatego też celowo stanąłem odrobinę dalej na mecie niż zwykle, żeby nie dać się pociągnąć pierwszemu tramwajowi i spokojnie zacząć bieg. Wydaje mi się jednak że to nie był najlepszy pomysł, bo musiałem przedzierać się trochę do przodu i tempo było trochę rwane....ale generalnie było spoko. Dodatkowym utrudnieniem był wiejący bardzo mocno z naprzeciwka wiatr.
2km (3'33") - Jak na podbieg, w sumie tempo było dobre. O dziwo na tym łagodnym podbiegu bardzo dobrze mi się biegło, chociaż wśród nadal przebiegających roszad, musiałem się mocno skoncentrować na pilnowaniu swojego tempa biegu, a nie tempa innych.
3km (3'22") - Ten kilometr akurat był mniej wymagający, ponieważ trasa opadała w dół, w stronę morza. W każdym bądź razie mimo tego że odcinek nie był męczący, zmiana prędkości i kadencji kroków skutkowała pojawieniem się znajomego ucisku pod żebrami...no to tradycyjnie wiedziałem co się święci.
4km (3'40") - Musiałem zwolnić kroku, dać się wyprzedzić paru biegaczom i skoncentrować na równomiernym oddychaniu. Kolka nie łapała, ale uczucie jakby zaraz miała złapać też nie mijało.
5km (3'45") - Jak wyżej.
6km (3'55") - Apogeum problemów. Do dotychczasowych problemów doszedł wiatr. Niestety biegłem sam i ni jak nie było się za kim schować, a rwać tempo się bałem.
7km (3'47") - Uczucie przed kolkowe nagle zniknęło w niewyjaśnionych okolicznościach. W każdym razie wiedziałem że trzeba przyspieszyć, chociaż z początku wchodziłem na wyższe tempo z umiarem.
8km (3'28") - Tutaj popełniłem błąd. To był kilometr na którym korzystając z biegu w dół powinienem maksymalnie dowalić. Owszem, przyspieszyłem...ale nie wykorzystałem w pełni tego odcinka.
9km (3'38") - Wydawało mi się że biegłem szybciej.... Zdecydowanie miałem wrażenie że tu przyłożyłem, ale jak czas pokazuje, jednak się myliłem.
9,95km (3'18") - No już poleciałem ile Bozia dała na tamten moment, ale wiadomo że wszystkiego nadrobić się nie dało.
Razem: 35'58"
Celem było złamać 35, więc tym razem szału nie było. W każdym bądź razie jakaś tam forma jest, więc nic, tylko pracować dalej, a następny bieg rozegrać trochę inaczej :)

1 komentarze:
jak na luty, wynik nie jest zły :) gratuluję
Prześlij komentarz